platforma blogowa portalu głos pomorza

Jak się zmienił prezydent Słupska

Podczas ostatniej sesji Rady Miejskiej Maciej Kobyliński, prezydent Słupska zaprezentował swoją nową twarz. Był grzeczny wobec radnych, przedstawił solidne sprawozdanie ze swojej działalności i nie upierał się przy rozwiązaniach,które budziły wątpliwości (np. sprawa cięcia dotacji dla przedszkoli niepublicznych.
Myślałem , że rzeczywiście zaczyna się jakaś odnowa po okresie błędów i wypaczeń. Myliłem się. Przekonałem się o tym boleśnie w miniony piątek, gdy w ratuszu, podczas prezentacji najnowszej wersji projektu technicznego parku wodnego zostałem bezpardonowo i brutalnie zaatakowany przez pana prezydenta.
- Pan od 15 lat szuka tylko negatywów. Co pan po sobie zostawi? – krzyczał przy gościach spoza miasta prezydent Kobyliński.
Byłem bardzo zaskoczony, bo prezydent wybuchł, gdy jako jedyny dziennikarz ośmieliłem się zadać kilka moim zdaniem podstawowych pytań, które się nasuwały, bo projektanci zaprezentowali mocno zniemiony projekt w stosunku do wcześniej pokazywanych wizualizacji. Dlatego zapytałem:
1) Ile będzie kosztowała godzina pobytu w parku wodnym?
2) Na jaką kwotę szacuje się koszty eksploatacji kompleksu?
3) Czy przy planowaniu dochodów z działalności aquaparku  w Słupsku wzięto pod uwagę to, że rodzina Lubiczów rozpoczyna już budowę parku wodnego w Ustce?
- Uchylam to pytanie – zdenerwował się ponownie prezydent Kobyliński i zaczął mi wypominać, że po premierze Tusku powtarzam stwierdzenie, że buduje bizantyjski obiekt.
Na dodatek jego najbliższy współpracownik zaczął mu przytakiwać , podkreślając , że wszystko powinienem sobie wyczytać w materiałach, które dostałem już wcześniej.
Problem w tym, że te projekty, które zobaczyliśmy w piątek, wyglądały zupełnie inaczej niż te prezentowane wcześniej. Na szczęście na sali siedział także Bartosz Gwóźdż-Sproketowski, dyr. Wydziału Rozwoju Miasta, który profesjonalnie, rzeczowo i bez emocji wyjaśnił, co trzeba.
Po uzyskaniu tych informacji postanowiłem wyjść z sali. Wtedy usłyszałem, że jestem niegrzeczny. Jakby pan prezydent nie zauważył, że część dziennikarzy już dawno wyszła ze spotkania.
Na tym jednak się nie skończyło, bo gdy wróciłem do redakcji, pan prezydent zadzwonił na moją komórkę. Rzekomo, aby mnie przeprosić za formę rozmowy ze mną. Byłem nawet gotowy te przeprosiny przyjąć, ale w trakcie rozmowy pan prezydent zaczął mnie ponownie obrażać. – Nie mam ochoty tego słuchać -odpowiedziałem i przerwałem rozmowę. Wtedy pomyślałem , że pan prezydent Kobyliński jednak się nie zmienił.

Komu służy upolitycznienie EURO 2012?

Przez cztery lata ścigaliśmy się z czasem i  wydaliśmy miliony złotych, aby jak najlepiej przygotować się do przyjęcia gości polsko-ukraińskiego EURO 2012, a teraz PiS dołącza do europejskich głosów wzywających do bojkotowania rozgrywek zaplanowanych na terenie Ukrainie.  Choć mam wątpliwości, czy warto się było angażować w to wielkie wydarzenie sportowe, to jednak teraz jest już za późno, aby dołączać do chóru zachęcających do bojkotu, bo przecież kibice  mogą zrezygnować z przyjazdu nie tylko na Ukrainę, ale także do naszego  kraju. W efekcie możemy stracić na tej akcji także my.

Rozumiem, że wezwania ze strony zachodnich polityków do bojkotu ukraińskiej części EURO są formą nacisku na ukraińskiego prezydenta Wiktora Janukowicza, który godzi się na to, aby Julia Tymoszenko, była premier Ukrainy odbywała karę więzienia  za przekręty gospodarcze w kolonii karnej. Nagłaśniane na całym świecie jej skargi robią oczywiście wrażenie, bo sytuacja przypomina baśniowe dręczenie pięknej przez bestię i wiele osób z chęcią staje po stronie udręczonej piękności, choć przecież do końca nie wiemy, czy Tymoszenko nie odgrywa przed nami spektaklu obliczonego na wzruszenie publiczności. Nie jestem w stanie tego stwierdzić, więc nie będę wygłaszał tu jednoznacznych stwierdzeń. Sądzę natomiast, że jako współgospodarze EURO nie powinniśmy teraz podkładać nogi zarówno sobie, jak i Ukraińcom, bo upolitycznienie wydarzenia sportowego moim zdaniem nie służy naszym narodowym interesom. Poza tym to nie my decydowaliśmy, komu przyznano EURO.

Za to  dziwią mnie apele prezydenta Bronisława Komorowskiego, aby w czasie EURO przeciwnicy reformy emerytalnej – Solidarność, OPZZ, PiS i SLD – nie organizowali demonstracji i nie wychodzili na ulice. Rzecz w tym, że to nie opozycja ustaliła kalendarz publiczno-sejmowej dyskusji na na ten temat, ale premier z rządem. Zarówno  premier, jak i jego ministrowie doskonale wiedzieli, że sprawa zmian w emeryturach nie będzie łatwą przeprawą i decyzją, z którą wszyscy się szybko pogodzą, więc powinni tak planować debatę, aby społeczne emocje  nie były wyrażane w czasie EURO. A wskutek szybkich działań legislacyjnych  sami sprawili, że przeciwnicy tych rozwiązań zrobią wszystko, aby rząd odczuł siłę ich rażenia. I trudno będzie ich namówić, aby postępowali inaczej. Tak więc rząd może mieć wewnętrzne zamieszki na własne zamówienie. I oby nie były zbyt ostre i nie odstraszyły kibiców, którzy przyjadą oglądać u nas widowiska sportowe  i  zostawić w naszym kraju swoje pieniądze, co jest chyba równie ważne jak EURO.

Może to właściwy czas na dobrą inwestycję w mieście

Zastanówmy się, czy ostatnie zamieszanie wokół budowy parku wodnego w Słupsku nie można by wykorzystać dla dobrej inwestycji w mieście i rozwiązania palących problemów?
Nie od dziś wiadomo, że Słupsk potrzebuje nowoczesnej hali sportowej, w której bez problemów i zgodnie z wymaganymi standardami mógłby grać zespół naszych koszykarzy. Niestety, na razie się koncentrujemy na budowie wielkiego parku wodnego, który zamiast dochodów może przynosić straty i powodować konieczność dużego dofinansowywania z budżetu miasta. Natomiast ważny problem i ewidentna potrzeba, bo przecież występy zespołu Energi Czarnych Słupsk to jedna z najpopularniejszych rozrywek w mieście, wciąż zostaje do rozwiązania.
Co prawda w “Głosie Pomorza” już wielokrotnie postulowaliśmy, aby przy okazji prac nad projektem parku wodnego uwzględnić ten problem, ale nasze apele nie spotykały się z pozytywnym oddźwiękiem.
Panie Prezydencie Kobyliński oraz Szanowni Radni Wszystkich Opcji w Naszym Mieście porozmawiajcie uczciwie i bez wzajemnego zacietrzewienia, aby zrobić coś, co da satysfakcję nam wszystkim, a nie będzie zmierzało tylko do odpowiedzi na pytanie, czyje będzie na wierzchu.
Skoro już raz przeprojektowywano dokumentację, to może jeszcze raz warto to zrobić? Tyle z mojej strony.

Siódemka, czyli granice obywatelskiej wolności w Słupsku

Już dawno się tak nie śmiałem jak w środę, gdy podczas oglądania emitowanych na żywo w internecie obrad Rady Miejskiej w Słupsku przysłuchiwałem się wywodom wiceprezydenta Krzysztofa Sikorskiego i Bogdana Leszczuka , dyrektora Wydziału Oświaty w ratuszu na temat tego, dlaczego nie mogą użyczyć Stowarzyszeniu Siódemka całego budynku po zlikwidowanej Szkole Podstawowej nr 7 w Słupsku.
Oczywiście powodów formalnych było wiele, a zatroskanie wiceprezydenta olbrzymie. Wręcz idealne, gdy myśli się starymi torami i zmierza do tego, aby tak zmienić, by nie udało się nic, co jest niezgodne z pierwotną koncepcją władzy, która przecież – jak w starym dobrym systemie- wie lepiej.
Długo myślałem ,że wiceprezydent Sikorski , w końcu reprezentant młodego pokolenia , będzie otwarty na powiew nowego. Wyszło jednak na to, że w ciągu zaledwie kilku miesięcy idealnie wkomponował się w ratusze myślenie, którego celem jest obrona stanu posiadania, a nie prawdziwe wspieranie obywatelskiej aktywności i samodzielności. I to robi człowiek, który należy ponoć do Platformy Obywatelskiej.
A miało być tak ładnie, bo ratusz przecież wyznaczył wszystkim grzeczne role. Zarówno dzieci, jak i rodzice oraz nauczyciele mieli się grzecznie od września przenieść z SP nr 7 do SP nr 2. Gdy pokazali rogi i zaczęli bronić swojej szkoły jak niepodległości, prezydent Kobyliński postanowił postawić kropkę nad i, a większość radnych wręcz w ekspresowym tempie mu przyklasnęła. I pewnie na tym by się skończyło, gdyby nie pojawił się pomysł przeprowadzenia referendum w sprawie odwołania prezydenta miasta. Wtedy, aby rozładować nieprzychylne nastroje i podzielić środowisko SP nr 7, w ratuszu nagle zaczęto wspierać ideę przejęcia SP nr 7 przez utworzone przez rodziców Stowarzyszenie “Siódemka”.  Jego przedstawicieli nawet wożono samochodem do Gdańska, aby jak najszybciej doszło do jego rejestracji.
Niestety, mam wrażenie, że w ratuszu po cichu myślano, że skończy się na słomianym zapale i za kilka tygodni będzie można ogłosić, że stowarzyszenia nie będzie i wszyscy grzecznie zrealizują wcześniejsze koncepcje, co się świetnie sprzeda jako wielki sukces, który politycznie  pogrąży wszystkich samodzielnie myślących buntowników.
Tymczasem członkowie “Siódemki” okazali się bardzo sprawni, a na dodatek naprawdę postanowili wziąć sprawy w swoje ręce, słusznie kombinując, że jak otrzymają w zarząd cały budynek szkoły, to będą mogli rozwinąć skrzydła. W środę o tym wyraźnie powiedziała radym i wiceprezydentom Małgorzata Kowal, szefowa Siódemki. Wtedy okazało się, że na tym etapie rozmów o takim rozwiązaniu, a choćby nawet obietnicy, na razie być nie może. I wtedy zacząłem się śmiać, gdy słuchałem rzekomo racjonalnych wywodów dyrektora i wiceprezydenta. Po prostu obaj panowie zdali sobie sprawę, że członkowie “Siódemki” mogą stworzyć realną konkurencję, gdyby uruchomili szkołę bez czesnego, a w swojej ofercie zawarliby nie tylko prowadzenie klas podstawówki, ale także oddziałów gimnazjalnych i przedszkolnych. Na tak dużą wolność ratusz już pozwolić nie może, bo co by było, gdyby rodzice zaczęli przenosić do szkoły przy ul. Kilińskiego uczniów z innych szkół miejskich w sytuacji, gdy uczeń to skarb, za który dostaje się dofinansowanie od państwa. Lepiej więc nie tracić tej kury, znoszącej złote jaja. Niech je znosi dla nas, a obywatelską inicjatywę trzeba ograniczyć, aby czasem się niebezpiecznie nie rozwinęła i nie zrobiła zbyt samodzielna.
Cała nadzieja w tym, że do tego kierunku myślenia nie przyłączą się radni. O dziwo, tym razem głosy poparcia dla “Siódemki” padły nawet ze strony części radnych lewicowych. Dlatego mam nadzieję, że “Siódemka” może jednak dostanie szansę na prawdziwe działanie, a ratusz opanuje się i zdecyduje się , czy chce na poważnie pomagać obywatelskiej inicjatywie, czy też tak trochę na niby.

Dla kogo jest nasze państwo?

Sobotnie gazety przyniosły informację, że nasz kochany rząd szykuje się do uwolnienia cen gazu. Według ekonomistów może to oznaczać wzrost jego ceny nawet o 40 procent. Z kolei  media zajmujące się tematyką ekonomiczną rozpisują się ostatnio na temat zmian, które rząd przygotowuje w związku ze składkami  rentowymi i emerytalnymi  ponoszonymi przez firmy. Generalnie  mają one zmierzać w kierunku dalszego wzrostu  obciążeń przedsiębiorców, co zdaniem analityków uderzy głównie małych i średnich przedsiębiorców, a więc sól naszej ziemi.

Wychodzi więc na to, że na naszej zielonej wyspie rząd szykuje kolejne uderzenie na nasze portfele.   Wcześniej  musieliśmy się pogodzić  ze wzrostem cen paliwa, nowymi cenami leków oraz wyższymi składkami rentowymi, które od lutego narzucono pracodawcom. Jednocześnie rząd narzucił samorządom  nowe kompetencje, nie dając pieniędzy, co już skutkuje decyzjami o zamiarze likwidacji wielu szkół.

Efekt jest taki, że bezrobocie w naszym kraju już przekracza 2,1 miliona osób.  Wszystko wskazuje na to, że jak to, co się teraz dzieje albo jest planowane, wejdzie w życie, to bezrobocie jeszcze bardziej wzrośnie.  Jak na tym tle wygląda pomysł, aby wydłużyć czas pracy ? Niestety, nie wygląda najlepiej, bo gdzie ludzie w państwie, które w swoich posunięciach  fiskalnych dąży do ograniczania rynku pracy, mają znaleźć dobrą pracę na normalnych zasadach, gdy już teraz połowa młodych ludzi z przygotowaniem zawodowym nie ma zatrudnienia?

W praktyce wychodzi na to, że nasze państwo ma być przede wszystkim dla rządu i elit politycznych, które się wyżywią i będą się dzielić różnymi fruktami , bo dla nich na pewno ich starczy.  Przykładem są choćby niewydolne i bardzo liczne powiaty, które stworzono tylko po to, aby partie polityczne  mogły tam umieszczać swoich działaczy z wysokimi dietami, którzy zrządzają mikroskopijnymi pieniędzmi i niewiele przy ich pomocy robią.

Szkoła, czyli kompromis zamiast konfrontacji

Wczoraj wieczorem pomyślałem, że dziejąca się na naszych oczach historia zabiegów o utrzymanie Szkoły Podstawowej nr 7 w Słupsku to znakomity przykład narodzin  społeczeństwa obywatelskiego, który może być znakiem narodzin czegoś nowego i  wartościowego. Pod warunkiem, że wszyscy pomożemy w powstaniu tego nowego rozwiązania.

Jeszcze niedawno  w tej sprawie funkcjonował bowiem powszechnie znany układ konfrontacyjny. W skrócie polega on  na podziale władza-lud.  Ta pierwsza wypracowuje pewne rozwiązania  w zaciszu gabinetów i próbuje je narzucić.  Obrońcy szkoły, zarówno rodzice, jak i nauczyciele z SP nr 7 , weszli zaś w rolę ludu broniącego status quo, czyli cennych dla nich wartości. W efekcie każdy chciał postawić na swoim. Dlatego  prezydent wraz ze wspierającymi go radnymi  przegłosowali uchwałę o zamiarze  likwidacji  SP nr 7 i  przeniesieniu jej uczniów i nauczycieli do SP nr 2 , aby pokazać, że są silną władzą  i nie przestraszą się oporu społecznego i że ich tok myślenia jest dobry dla ogółu mieszkańców miasta. To zaś wywołało falę sprzeciwu  obrońców  szkoły, którzy postanowili wszystkimi dostępnymi środkami prawnymi stawiać opór i trwać przy swoim. Nic więc dziwnego, że przedstawicielka “siódemki” znalazła się nawet w Grupie Inicjatywnej, która chce doprowadzić do referendum w sprawie odwołania prezydenta miasta.

Tymczasem od poniedziałku mamy nową sytuację, bo  w tym ogólnym zacietrzewieniu pojawiła się propozycja wiceprezydenta Krzysztofa Sikorskiego pomocy ze strony magistratu w utworzeniu stowarzyszenia, które przejęłoby od miasta zarząd nad SP nr 7.  Co prawda niektórzy uważają, że ta propozycja wynika ze strachu przed referendum, ale ja ją odbieram jako dobrą monetę, bo takie rozwiązania są ćwiczone teraz w wielu innych gminach w naszym kraju. Choćby w gminie Smołdzino,  gdzie  stowarzyszenie nauczycieli i rodziców chce ratować Szkołę Podstawową w Gardnie Wielkiej.

To oczywiście zupełnie nowa sytuacja, bo wymagająca odwagi, kompromisu  i współpracy, a nie łatwej konfrontacji, budowanej zgodnie ze znanymi  i długo już ćwiczonymi rolami. Nowość tej sytuacji polega na tym, że każdy coś w niej straci i nie będzie już podziału na wygrywających i przegrywających.  Z jednej strony, po ewentualnym powstaniu stowarzyszenia, prezydent miasta  i radni miejscy nie będą mogli realizować swoich planów co do budynku SP nr 7, a z drugiej strony rodzice, nauczyciele i dyrekcja szkoły musieliby  wejść w rolę w pełni odpowiedzialnych gospodarzy placówki, a na dodatek nauczyciele musieliby zaakceptować fakt, że w nowym układzie nie pracowaliby już na podstawie wygodnych dla nich zapisów Karty Nauczyciela.

Wiem, że ta nowa perspektywa nie jest łatwa, więc teraz trwa swoisty czas zawieszenia, kiedy w grupie rodziców i nauczycieli mierzy się siły na zamiary. Rozumiem te obawy, bo nowe budzi poczucie niepewności i wymaga odwagi.  W praktyce chodzi  o to, aby szybko odejść od postawy protestu na rzecz menedżerskiego myślenia o przyszłości szkoły: zdobywania  zewnętrznych pieniędzy na jej funkcjonowanie  i wdrażania pomysłów na jej rozwój. To jednak wymaga pewności,  że grupa ludzi, która zaangażowała się w obronę SP nr 7,wnowej sytuacji nie zabierze swoich zabawek  i nie rozejdzie się w poszukiwaniu łatwiejszych rozwiązań.  Jest więc się nad czym zastanawiać, bo chodzi o odpowiedzialny i długofalowy wybór.

Moim zdaniem jednak, jeśli stowarzyszenie mogłoby liczyć na rzeczywistą pomoc ratusza w tworzeniu podstaw działalności nowej struktury, to perspektywa wydaje się kusząca, bo stowarzyszenie prowadziłoby  w praktyce prywatną szkołę bez czesnego. Wtedy też na bazie budynku SP nr 7 mogłoby tworzyć nowe formy działalności edukacyjnej, włącznie z przedszkolem, gimnazjum czy kursami popołudniowymi. Mogłoby także samodzielnie zabiegać o pieniądze na zagospodarowanie terenu przyszkolnego. W efekcie mogłoby  bardziej konkurować o uczniów  i jeszcze bardziej mogłoby odpowiedzieć na potrzeby najbliższej okolicy.  To jednak wymagałoby zmysłu menedżerskiego i  prawdziwego zaangażowania kilku osób w firmę pod nazwą SP nr 7. Sam jestem ciekaw, czy się uda, ale moim zdaniem w gronie rodziców i nauczycieli tej placówki jest tyle mądrych osób,że szansa na to jest.

Kto kradnie nasze emerytury?

Jeszcze dobrze pamiętam, jak w 1999 roku w telewizorach  pokazywano reklamy z pięknymii młodymi emerytami, którzy korzystają z uroków życia w ciepłymi słońcu, pod palmami, na brzegu błękitnego morza.  W ten sposób  naganiano młodych Polaków do obowiązkowego zapisywania się do Otwartych Funduszy Emerytalnych, które według ówczesnej propagandy rządu AWS miały być spełnieniem marzeń milionów Polaków o bezpiecznej i dostatniej emeryturze, podobnej do tej, z której korzystają niemieccy emeryci.

Teraz, na naszych oczach ten mit wali się w drobny mak.  Ministrowie rządu Donalda Tuska coraz częściej wygłaszają teksty, z których wynika, że  dzisiejsi czterdziestolatkowie i pięćdziesięciolatkowie, jeśli sami sobie nie uzbierają pieniędzy na starość i  nie będę mogli liczyć na dzieci, to jeszcze będą zazdrościć obecnym emerytom, bo wychodzi na to, że ich emerytury są jeszcze całkiem przyzwoite.

Na ten temat trochę otwartym tekstem ostatnio powiedział wicepremier Waldemar  Pawlak, który jako minister gospodarki pewnie dobrze wie,  jak duże jest naprawdę zadłużenie ZUS.. Nic dziwnego, że premier Tusk zaczął szybko mówić o tym, że Pawlak się przejęzyczył, choć sam   przecież podkreśla, że trzeba wydłużyć czas pracy dla mężczyzn i kobiet do 67. roku życia Podobno dlatego, że wówczas będziemy mieli wyższe emerytury.

Niestety, ostatnio z powodów rodzinnych dość często bywałem na słupskim cmentarzu, więc widziałem świeże i liczne groby dobrych polskich patriotów, którzy  umarli przed sześćdziesiątką albo  w pierwszym lub drugim roku emerytury. Dlatego dobrze rozumiem intencję rządu. Jeśli  się wydłuży czas obowiązkowej pracy, to do emerytalnej mety dobiegnie jeszcze mniej  osób, a wtedy premier będzie mógł spokojnie  wydawać znacznie więcej pieniędzy na przeloty samolotem z Warszawy do swojego mieszkania w Trójmieście (już wydał ponad 2 miliony zł). Będzie też mógł przyznawać super świadczenia i rozmaite bardzo wysokie odszkodowania dla różnych wybrańców z kręgu elit partyjnych.

Wiem. Jestem złośliwy, ale tak się złożyło, że niedawno przeczytałem bardzo ciekawy  wywiad z prof.  Leokadią Oręziak, ekonomistką ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, z którą rozmawiał “Głos Nauczycielski”, a wywiad przedrukowano w ostatniej “Angorze”. Z tej rozmowy jasno wynika, że coraz bardziej widać bankructwo narzuconego nam przez rząd AWS  systemu OFE, który sprawił, że od 1999 roku  do końca 2010 roku z jego powodu powstało 232 miliardy zł długu.  Stało się tak, bo nasze składki emerytalne, które pierwotnie trafiały do ZUS, od 1999 roku były dzielone i w sporym procencie trafiały do OFE. Tym samym , aby wypłacić świadczenia obecnym emerytom, ZUS musiał brać kredyty i tak powstał wielki dług. Jednocześnie OFE zarządzane przez międzynarodowe towarzystwa,   znaczną częścią naszych pieniędzy grały na giełdzie. Straciły na tych transakcjach ponad 40 miliardów złotych. I nie ma dużych szans, aby to odrobiły. Stąd część kapitałowa naszych emerytur będzie niska, a rząd, aby poradzić  sobie  z długami ZUS, robi wszystko, aby ograniczyć liczbę osób korzystających z rent i emerytur. Stąd bierze się tak silne parcie na wydłużenie czasu obowiązkowej pracy, co zresztą będzie sprzyjać OFE, bo dłużej będą pobierać prowizje od naszych składek, fantastycznie się bogacąc.  Według prof. Oręzak rocznie zarabiają w Polsce od 600 do 800 milionów zł.  Wcale się więc nie dziwię, że gdy rząd węgierski postanowił zlikwidować tamtejsze OFE, podniósł się krzyk na całą Europę.      Najzabawniejsze zaś jest to, że – jak twierdzi prof. Oręzak -  towarzystwa, które u nas prowadzą OFE, w swoich krajach na Zachodzie rozwiązań wzorowanych na pomysłach testowanych w Ameryce Południowej (Chile) nie wprowadziły.  Wychodzi więc na to, że staliśmy się krajem, z którego za przyzwoleniem elit politycznych można drenować pieniądze kosztem milionów przyszłych emerytur. Niestety, na razie nikt z rządzących szczerze o tym nie mówi, bo właściwie wszyscy się do tego przyczynili.

Ławki i śmietniki, czyli Marecki w ogniu krytyki

Słupsk, 1 lutego 2012 roku

Pan Krzysztof NAŁĘCZ Redaktor Naczelny “Głosu Pomorza” w Słupsku

Szanowny Panie Redaktorze!

Red. Zbigniew Marecki w swoim artykule p.t. “Kosztowny szpaler śmietników” (“Głos Pomorza” z 27 stycznia br., str 3.) z nieznanych mi bliżej przyczyn posiłkuje się wyłącznie negatywnymi opiniami Czytelników, zebranymi jeszcze przed ukończeniem pełnej rewitalizacji. Pozwalam sobie przypomnieć, iż projekt rewitalizacji “Traktu Książęcego”

w czasie podpisywania umowy bardzo wysoko ocenił Marszałem Mieczysław Struk, który pochwalił władze Słupska za przygotowanie – jego zdaniem – najlepszego w naszym województwie projektu rewitalizacji centrum miasta. Ponadto poinformował, że Słupsk jest

w czołówce miast wykorzystujących środki unijne z Regionalnego Programu Operacyjnego. Odnoszę wrażenie, że w ocenie red. Mareckiego wszystko, co robimy dla Miasta jest złe. Artykuł sugeruje rozrzutność, a przecież jednym z elementów rewitalizacji jest dbałość

o wygląd miejsca, a to wiąże się z kosztami. Stylizowane ławki i kosze na śmieci, które komponują się z przestrzenią Wojska Polskiego, w opinii np. moich rozmówców dodają ulicy Wojska Polskiego uroku. Faktem jest też, iż zamontowane kosze na śmieci natychmiast zostały zapełnione, a więc wydają się być potrzebne. Być może w oczach red. Mareckiego świat jest albo czarny, albo biały, w rzeczywistości jednak opinie są różne, a o gustach raczej nie powinno się dyskutować. Niestety, w sposób wybiórczy czyni to red. Marecki. Ma On prawo do swojego zdania, ale nie ma prawa odbierać go innym, a czyni to w swoim artykule. Pan red. Marecki manipuluje w dodatku wypowiedzią Pana Marcina Grzybińskiego, zastępcy dyrektora Zarządu Infrastruktury Miejskiej. Pełna wypowiedź, którą przekazał dyrektor Grzybiński do Głosu Pomorza brzmiała: “proszę również zauważyć, że na Skwerze Pierwszych Słupszczan funkcjonuje 30 ławek i prawie 30 śmietników. Jest to obszar odpowiadajWojska Polskiego i tamta inwestycja nie budziła takich emocji. Została wykonana również w ramach rewitalizacji Traktu Książęcego”. Pełna wypowiedź dyr. Grzybińskiego w sposób znaczący różni się od tej, jaką na łamach gazety zamieścił

red. Marecki. Proszę poważnie traktować i Czytelników, i swoich rozmówców, z szacunku dla czystości przekazu. Zapraszam również Pana red. Mareckiego do zapoznania się z informacją zamieszczoną we wrześniu 2010 roku na stronie www.slupsk.pl, zaraz po podpisaniu umowy

z Marszałkiem Województwa, w której prezentujemy wizualizację oraz całą procedurę konsultacji społecznych tego projektu. Od początku robimy ten projekt z pełnym udziałem Słupszczan dla Słupszczan.

Z poważaniem

Anna Stukan z Biura Prasowego Prezydenta Miasta Słupska

Od autora:
Szanowna Pani Anno, rozumiem, że dostała pani zadanie, aby po raz kolejny znaleźć coś na Mareckiego, bo z niechęcią do mnie pan prezydent Maciej Kobyliński już się nie kryje i gdzie tylko może, wtrąca różne uszczypliwości przeciw mnie. Prawdopodobnie dlatego, że staram się być dociekliwy i czasem zadaję niewygodne pytania. Tak samo odbieram państwa wyjaśnienia dotyczące tekstu “Kosztowny szpaler śmietników”. Wbrew pani sugestiom ten tekst nie powstał dlatego, że drażni mnie liczba i wygląd śmietników oraz ławek na pasażu przy ul. Wojska Polskiego. Przeciwnie, osobiście mi się bardzo podobają. Dlatego z czystym sumieniem mogą panią zapewnić, że tekst na temat śmietników i ławek napisałem wskutek sygnałów czytelników, zainteresowanych informacją na temat kosztów i procedury przygotowywania tej inwestycji. Pod tym kątem zbierałem informację. Stąd odnoszące się do mnie osobiste pani uwagi nie mają nic do rzeczy, a odbieram je jako kolejne złośliwości.
Dziękuję natomiast za demaskatorskie wyjaśnienie, że w moim tekście została skrócona pisemna wypowiedź dyr. Grzybińskiego, którą od niego uzyskaliśmy w tej sprawie, ale zdaniem redakcji je jczęść nie dotyczyła bezpośrednio tematu. Rozumiem jednak, że to ma być kolejny dowód mojego negatywnego nastawienia do ratusza, co – takie mam wrażenie – pachnie już obsesją. Mimo wszystko życzę wszystkiego najlepszego. Zbigniew Marecki

230 czy 300 milionów zł zadłużenia?

 W sprostowaniu do mojego wpisu (“Dzieci kontra 300 mln zł) na blogu, które po raz pierwszy w historii redakcyjnych blogów dziennikarzy naszej gazety do redaktora naczelnego “Głosu Pomorza” nadesłał słupski ratusz (patrz poprzedni wpis), magistrat zarzucił mi, że wprowadzam w błąd czytelników, bo napisałem o 300- milionowym zadłużeniu miasta, a tymczasem  na koniec 2011 roku wynosiło ono 230 milionów zł.

 Rzecz w tym, że w moim wpisie nie podałem daty, do której  odnosi się podana przeze mnie wielkość zadłużenia.  Ponieważ jednak pisałem o wydarzeniach, które miały już miejsce w 2012 roku, to myślałem o  przewidywanym w Wieloletniej Prognozie Finansowej  miasta zadłużeniu, które ma wynieść 295 milionów zł. Zresztą taki zapis można znaleźć na oficjalnych dokumentach ratusza. Poza tym gdy pisałem o zatwierdzonym już projekcie budżetu miasta na 2012 rok, też podawałem liczbę 295 milionów zł jako przewidywane zadłużenie. Nic więc nie manipuluję. Za to ratusz wybiera liczby, które po prostu lepiej  wyglądają.  Tymczasem  niedawno  przeczytałem, że Ministerstwo Finansów planuje zmiany w klasyfikacji wydatków i dochodów samorządów, co może spowodować, że przewidywane zadłużenie Słupska może sporo przekroczyć 300 milionów zł.

Dług Słupska. Sprostowanie z ratusza

Pan
Krzysztof NAŁĘCZ
Redaktor Naczelny
„Głosu Pomorza”
w Słupsku

Szanowny Panie Redaktorze!

Na podstawie art. 31 pkt 1 ustawy „Prawo prasowe” wnoszę o sprostowanie nieprawdziwych informacji zawartych w komentarzu red. Zbigniewa Mareckiego pt. „Dzieci kontra 300 mln zł” („Głos Pomorza” z 26 stycznia br., str. 5).
„Kwota podana w tytule komentarza red. Zbigniewa Mareckiego „Dzieci kontra 300 mln zł” jest nieprawdziwa, w związku z tym już na wstępie tego tekstu jego autor wprowadza w błąd Czytelników „Głosu Pomorza”. Wyjaśniam, że zadłużenie Miasta na koniec 2011 roku wyniosło 230.846.389,42 zł, a nie 300 mln zł, jak twierdzi red. Marecki. Blisko 70 mln złotych różnicy jest niedopuszczalnym, karygodnym błędem. Natomiast cały komentarz to próba manipulacji świadomością obywateli naszego miasta, ponieważ sugeruje on, że w działaniach Prezydenta na rzecz mieszkańców Słupska pieniądze są ważniejsze niż dobro dzieci, a tak nie jest!”.
Proszę o zamieszczenie powyższego sprostowania w trybie pilnym oraz w sposób przewidziany przez ustawę „Prawo prasowe”: w tym samym dziale, w którym ukazał się artykuł z nieprawdziwą informacją, taką samą czcionką oraz pod widocznym tytułem (art. 32 ust.5 ustawy „Prawo prasowe”). W przeciwnym razie – bez dalszych wezwań- skierujemy pozew do Sądu.

Z poważaniem
Anna Stukan
z Biura Prasowego
Prezydenta Miasta Słupska

Od autora: Jutro na blogu zamieszczę swoją odpowiedź w sprawie tego sprostowania. Zbigniew Marecki

Wójt wpadł we własne sidła

Jak Pan Bóg chce ukarać, to rozum odbiera – mówi stare porzekadło, której jak ulał pasuje do ostatniej wpadki Mariusza Chmiela, wójta gminy Słupsk. W nocy z wtorku na środę wyruszył on w drogę samochodem po tym, jak wcześniej pił alkohol po konwencie wójtów i burmistrzów w Smołdzinie. Być może dopiero wtedy wójt Chmiel zdał sobie sprawę, że wali się jego pęknie rozwijająca się kariera samorządowa.

Ma on bowiem za sobą wiele sukcesów – nagrody i wyróżnienia. Ale i dobra jest sytuacja gminy. Śmiało mógł ten samorządowiec myśleć o wyższych osobistych celach. W realnej perspektywie może nawet o parlamencie.

Tak po ludzku można mu nawet współczuć. Wielu z nas zrobiło niejedną złą rzecz w życiu, zanim dokładnie przemyślało jej skutki. Problem jednak w tym, że wójt nie jest tylko prywatną osobą. To funkcjonariusz publiczny.

Skutki tego błędu będą dwojakie. Najprawdopodobniej poniesie konsekwencje karne, co skutkować będzie także czasowym zakazem sprawowania funkcji publicznych. Łatwo mu nie będzie też w środowisku, w którym funkcjonuje. Powinien mieć świadomość, że inni patrzą, czy przestrzega prawa i standardów. A jazda po pijanemu to łamanie standardów najbardziej podstawowych. Tym bardziej że wójt Chmiel wielokrotnie zabiegał,

aby prawo było przestrzegane. Ba, wręcz chwalił się tym, że doprowadza do jego właściwej interpretacji i egzekucji.