Jak się zmienił prezydent Słupska
Podczas ostatniej sesji Rady Miejskiej Maciej Kobyliński, prezydent Słupska zaprezentował swoją nową twarz. Był grzeczny wobec radnych, przedstawił solidne sprawozdanie ze swojej działalności i nie upierał się przy rozwiązaniach,które budziły wątpliwości (np. sprawa cięcia dotacji dla przedszkoli niepublicznych.
Myślałem , że rzeczywiście zaczyna się jakaś odnowa po okresie błędów i wypaczeń. Myliłem się. Przekonałem się o tym boleśnie w miniony piątek, gdy w ratuszu, podczas prezentacji najnowszej wersji projektu technicznego parku wodnego zostałem bezpardonowo i brutalnie zaatakowany przez pana prezydenta.
- Pan od 15 lat szuka tylko negatywów. Co pan po sobie zostawi? – krzyczał przy gościach spoza miasta prezydent Kobyliński.
Byłem bardzo zaskoczony, bo prezydent wybuchł, gdy jako jedyny dziennikarz ośmieliłem się zadać kilka moim zdaniem podstawowych pytań, które się nasuwały, bo projektanci zaprezentowali mocno zniemiony projekt w stosunku do wcześniej pokazywanych wizualizacji. Dlatego zapytałem:
1) Ile będzie kosztowała godzina pobytu w parku wodnym?
2) Na jaką kwotę szacuje się koszty eksploatacji kompleksu?
3) Czy przy planowaniu dochodów z działalności aquaparku w Słupsku wzięto pod uwagę to, że rodzina Lubiczów rozpoczyna już budowę parku wodnego w Ustce?
- Uchylam to pytanie – zdenerwował się ponownie prezydent Kobyliński i zaczął mi wypominać, że po premierze Tusku powtarzam stwierdzenie, że buduje bizantyjski obiekt.
Na dodatek jego najbliższy współpracownik zaczął mu przytakiwać , podkreślając , że wszystko powinienem sobie wyczytać w materiałach, które dostałem już wcześniej.
Problem w tym, że te projekty, które zobaczyliśmy w piątek, wyglądały zupełnie inaczej niż te prezentowane wcześniej. Na szczęście na sali siedział także Bartosz Gwóźdż-Sproketowski, dyr. Wydziału Rozwoju Miasta, który profesjonalnie, rzeczowo i bez emocji wyjaśnił, co trzeba.
Po uzyskaniu tych informacji postanowiłem wyjść z sali. Wtedy usłyszałem, że jestem niegrzeczny. Jakby pan prezydent nie zauważył, że część dziennikarzy już dawno wyszła ze spotkania.
Na tym jednak się nie skończyło, bo gdy wróciłem do redakcji, pan prezydent zadzwonił na moją komórkę. Rzekomo, aby mnie przeprosić za formę rozmowy ze mną. Byłem nawet gotowy te przeprosiny przyjąć, ale w trakcie rozmowy pan prezydent zaczął mnie ponownie obrażać. – Nie mam ochoty tego słuchać -odpowiedziałem i przerwałem rozmowę. Wtedy pomyślałem , że pan prezydent Kobyliński jednak się nie zmienił.




